To jest ten gen emigracji – że Tam lepiej niż Tu. Pożoga po XX wieku, kiedy ucieczka albo wygnanie były koniecznością.
Wczoraj w Muzyce spod igły słuchaliśmy Alicji Blumental. Uczennica Karola Szymanowskiego i Zbigniewa Drzewieckiego – ktoś z samego rdzenia polskiej szkoły pianistycznej. Wyjechała przed wojną do Brazylii. To był wybór oczywisty: zbliżał się kataklizm, a Żydówka z Warszawy nie mogła mieć złudzeń. Zrobiła tam wielką karierę. Umarła w São Paulo. My – nie pamiętamy.
To nie jest opowieść o jednej pianistce. To opowieść o Polsce, która całe pokolenia artystów albo wypychała za granicę siłą historii, albo – co może boleśniejsze – wypychała ich obojętnością. Brakiem warunków. Brakiem pamięci.
Weźmy Adama Harasiewicza. Laureat Konkursu Chopinowskiego 1955 – pierwsza nagroda, w roku, gdy jury nie przyznało jej Polakowi od dekad. Kariera za żelazną kurtyną była możliwa tylko na smyczy. Władza orzekła: zbyt indywidualny, zbyt zachodni. Wyemigrował. Nagrywał dla Philipsa, koncertował w Europie Zachodniej i Japonii, był kimś – nie jako Polak z paszportem PRL, lecz jako pianista po prostu wielki. Kiedy wrócił zagrać w Polsce – nikt nie opowiedział jego historii. Żaden dziennikarz nie powiedział: ten człowiek został zmuszony do wyboru między lojalnością wobec systemu a lojalnością wobec muzyki. Wybrał muzykę. To powinna być lekcja. A lekcja powinna być nauką życia.
Jest różnica między wyborem, koniecznością a wypychaniem z pamięci. I jest różnica między tym, że artysta wyjeżdża, a tym, że my o nim zapominamy. Blumental, Harasiewicz, Panufnik, Palester – każdy wyjechał z innego powodu. Historia, system, strach, przymus. Ale wspólny mianownik jest jeden: Polska nie upomniała się o nich dość głośno. Ani wtedy. Ani dziś.
Piszę nie dlatego, żeby tylko przypominać, ale żeby zadać pytanie – czy dzisiaj, kiedy świat jest i ma być otwarty, kiedy wszyscy są dziećmi świata, robimy wystarczająco dużo, żeby te dzieci miały tutaj zawsze dla siebie miejsce. Żeby tournée Hani Rani – która mieszka w Berlinie, a nagrywa w Londynie – miało również miejsce dla polskiej publiczności. A Alicja Śmietana działa z Londynu, robi karierę na własny rachunek, często wbrew polskim instytucjom. Kiedy ostatnio słyszeliście jej nazwisko w głównonurtowych polskich mediach?
A przecież umiemy inwestować w talent. Szymon Nehring – stypendysta polskich fundacji, laureat międzynarodowych konkursów, pianista, któremu Polska dała skrzydła. Tylko zapomniała potem patrzeć, jak leci. Nie piszemy o nim w mediach, nie pokazujemy młodym, że można – stąd, z Polski, podbić świat. A to jest właśnie ta opowieść, której nam najbardziej potrzeba.
Wiecie, o czym marzę? Żebyśmy tak witali tych, którym się udało, jak kiedyś witano Jana Kiepurę – kwiatami, tłumem, łzami i krzykiem. Nie dlatego, że wrócił. Dlatego, że był nasz i o tym wiedział.
Pamięć jest formą miłości. A miłość wymaga pracy. Ta płyta z Alicją Blumental leży teraz na gramofonie. Gram ją i myślę: ilu jeszcze takich artystów czeka, żeby ktoś powiedział głośno ich nazwisko?